let it go
Wczoraj złożyłam papiery Pierworodnego do Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Grodzisku Mazowieckim. Jestem zachwycona. Zobaczymy, czy komisja egzaminacyjna też będzie. Ale śpiewamy w domu. Żeby była.
Na kolację podałam zielone szparagi, lekko ugotowane, z parmezanem. Mniej znaczy więcej.
Wczoraj udało mi się także w jedyne półtorej godziny nastawić bulion, podsmażyć indyka, ugotować na parze brokuł i upiec paprykę i marchew na pastę do chleba.
Weekend spędziliśmy we Wrocławiu. Sięgnęłam w kuchni mojej Kuzynki po książkę o niebywale oryginalnym tytule Smak miłości. Oczywiście jest to książka kucharska. Taka modna i na czasie: dużo w niej pięknych zdjęć i wspomnień, a także mądrości życiowych. Pani Autorka, Agnieszka Maciąg, jest pewnie jakąś znaną osobą, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz wiem, że wydała książkę. Co najmniej.
Zaczęłam czytać wstęp i wprowadzenie do rozdziału i stwierdziłam, że jednak nie jest to aż tak kiczowate jakoby mogło się zdawać. To, co napisała Pani Maciąg zdało mi się wręcz bliskie i zrozumiałe. Do adremu jednak. Otóż nawiązując do mojego przywiązania do zasad i braku improwizacji... powinnam zaśpiewać Let it go (żebyście słyszeli jak Maria to śpiewa po fhansusku!) i po prostu puścić.
Zaraz zaraz. O czym Ty piszesz?
Piszę o tym, że Pani Maciąg zrozumiała w swym życiu to, co ja aktualnie powoli zaczynam pojmować. Let it go. Bez dupospięcia.
I znów wracamy do kuchni.
Dotąd wisiało nade mną coś niedookreślonego: tak można, tak nie można, to popsujesz, nie wiadomo jak to się skończy.
A teraz... staram się wsłuchać co podpowiada mi intuicja. Wyłączam powoli strach.
Mój Drogi Syn w poniedziałki sam robi ciasto na naleśniki.
Gdy wracamy z przedszkola i pracy, dzieci mają czas na oglądanie starych odcinków Różowej Pantery. Potem, w poniedziałki, zawsze robimy naleśniki. Dwa tygodnie temu Kuba stwierdził, że chce zrobić naleśniki sam.
Wyjmuje miskę i układa składniki na blacie. Pyta mnie o proporcje. Denerwuje się, gdy mąka nie chce lecieć tam, gdzie on jej każe. Krzyczy, gdy Maria wyrywa mu blender z łapek. Robi wielki kleks ze śmietany na blacie.
A ja spokojnie myję naczynia i tłumaczę mu: to nic... to się pościera... najwyżej dolejemy mleka.
I tak jest dobrze. I jemu i mi.
Let it go.
Komentarze
Prześlij komentarz