niedziela, 5 lutego 2017

nowy przyjaciel

Kupiłam wczoraj obiektyw.
Czekałam na ten moment kilka ładnych lat, ale udało się.
Dziś od rana próbowałam i próbowałam.
Jestem zachwycona efektami. Już po jednym dniu!
Dobry sprzęt jednak pomaga :)

mój mały pomocnik kuchenny

a ten hiacynt wypełnia swoim zapachem cały dom! dosłownie!

poniedziałek, 30 stycznia 2017

zwyczajne

Rozkładam laptop.
Pisać? Nie pisać?
Pisać.

Przez głośniki płynie muzyka dawno niesłyszana. Esbjoern Svensson Trio. Tuesday Wonderland.
Na płycie grzeje się w garze po Babci zupa cebulowa. Z octem balsamicznym i miodem. A piekarnik nagrzewa się, by pomóc mi przygotować razowe grzanki z mozzarellą.
Wyjmę jeszcze mieszankę sałat z moją ulubioną radicchio, którą od dwóch lat chcę hodować, a wciąż nie mam pojęcia jak się za to zabrać. Dodam może nowej oliwy kupionej na samotnych zakupach sobotnich?
Pod kocem, w innym wysłużonym garnku, fermentuje jogurt naturalny. Wszak o męża biorącego antybiotyk należy porządnie zadbać. W słoiku na parapecie okiennym (okno wciąż gołe, bez rolety... to będzie czwarty rok) kiełkuje lucerna.

Maryja Panna Dzieciątko pastuje.

Marysieńka śpi rano wtulona w mój lawendowy szlafrok, którego używam tylko dlatego, że mi w nim ciepło. Gdy budzi się, ledwie odmyka swe figlarne oczka, mówi "ceść" i jest gotowa do działania.
Ktoś mnie odwiedzi za kilka dni. Obmyślam najlepsze menu na świecie.
Znów mieszam mąkę żytnią z wodą w nadziei, że tym razem nie spleśnieje.

Chyba już wiem.

Gdy rano wyjeżdżam na moją wioskową ulicę, jestem ogromnie zaskoczona, że jest jasno. Pomyliłam godziny?


środa, 30 listopada 2016

podróż balonem

Moje starsze dziecię ma już pięć lat, a jeszcze miesiąc temu mogło stwierdzić, że w życiu swym nigdy nie jechało pociągiem.
Matka stwierdziła, że nie może tak być i zaplanowała podróż.
Chciała matka odwiedzić Kogoś we Wrocławiu, więc podróż pociągiem odbyć miała się właśnie w tym kierunku.
Jako że pociągi w rozsądnej cenie jadą z Warszawy do Wrocławia 5h, postanowiłam trochę pokombinować. W efekcie jechaliśmy 1,5h, Latorośli już zaczynało się akurat już nudzić, więc wyszło bardzo dobrze. Jazda tramwajem była wielką atrakcją dla dziecka ze wsi, czekolada z malinami w kawiarni tym bardziej, a kolejne autko na licencji Disney'a za ciężkie pieniądze kupione, stało się pamiątką z mojego ulubionego miasta polskiego.
Ad rem.
Odwiedziłam moje doskonałe dziecko chrzestne i obdarowałam je drobiazgiem własnoręcznie wykonanym. Jest to jeden z moich ulubionych motywów, a technika.. chyba w ogóle ulubiona.
Haft płaski. W sam raz do powieszenia na ścianie pokoju dziecięcego.




pozdrawiam z zaśnieżonej wsi mazowieckiej!

poniedziałek, 26 września 2016

proto-typ

Usiadłam, skroiłam, zszyłam.

Udało się :D

Od dawna chodził mi po głowie ten przybornik dziecięcy, ale jakoś nie mogłam do niego przysiąść. Gdy już skojarzyłam komu mogłabym podarować takie cudo, to poukładałam sobie w głowie kolejność zszywania kieszonek i innych drobiazgów, a potem pocięłam materiały.
Nawet się udało. Jest to prototyp, więc nie jest idealnie, ale jestem zadowolona.
I mam nadzieję, że obdarowana trzylatka też będzie!
Okaże się to w najbliższą sobotę (jeśli zainteresowana będzie zdrowa!)




<3

sobota, 17 września 2016

constans

Przejrzałam poprzednie wpisy i zrobiło mi się ciepło na sercu.
Ten proces trwa, rozwijam się, uspokajam wciąż.
Po dwóch latach "urlopu" wróciłam do pracy. Jakżeż sama zdziwiłam się swoimi reakcjami na proste wydarzenia. A w zasadzie... brakiem reakcji. To tylko dwa lata, a ja mam poczucie, jakbym poszła do przodu co najmniej pięć mentalnych lat :)
Zdaję się na prowadzenie z Góry. A cóż to znaczy? To znaczy, że słucham swojego serca, tego, czego ja pragnę, a nie postronni obserwatorzy, czy może nawet przyjaciele? Ktoś przecież umieścił w tymże sercu takie a nie inne pragnienia, ktoś serce owo ukształtował i tchnął w nie życie. Źle jest wciąż i wciąż iść samemu sobie pod włos. Nie wiem jak lepiej to ująć. Ciągle się biczować. Płynąć pod prąd. Ale prąd swój własny, prywatny, osobisty, niepowtarzalny.

Wyjęłam z szafy obrus po mojej prababci Eli. A może po Babci Zosi? Sama już nie wiem za bardzo. Obrus jest biały, adamaszkowy, z pięknymi wzorami winogron. Chciałabym go używać, ale niestety jest już powycierany, poplamiony i rozmiar zupełnie nie pasuje do mojego stołu kuchennego.
Wycięłam bezlitośnie kwadrat czystej powierzchni i narysowałam na nim serce. A potem zaczęłam pikować zainspirowana poduszką uszytą przez Wiesię Pawłowską...

Tym samym zrobiłam nareszcie prezent dla mojej Mamy.



Zdjęcia robiłam na szybko telefonem przed Mamy wyjazdem... Ale udało mi się złapać światło, które podkreśla pikowanie.
Cieszę się, że to zrobiłam. Tak po prostu.

niedziela, 19 czerwca 2016

Dla N.

Niedawno pojawił się bardzo maleńki człowiek na tym świecie.
Postanowiłam z tej okazji obdarować tę małą osóbkę kołderką, taką własnoręcznie uszytą, coby starczyła na kilka ładnych lat.
Wybrałam materiały, pocięłam, zszyłam, pocięłam, zszyłam, zszyłam, zszyłam, spięłam, piknęłam, zakończyłam lamowaniem.
Efekt:






To mój drugi baby quilt. Jestem zadowolona, acz nie wszystko jest idealne... ;)

sobota, 4 czerwca 2016

prawdziwe życie



Pół roku na zebranie myśli, no cóż, bywa i tak.
Dziś zaś daję sobie ten luksus, by napisać nareszcie to, co mi chodzi po głowie i czeka na bycie napisanym.
Wiąże się to bezpośrednio z takim oto zdarzeniem: we czwartek rano przełożyłam kartę SIM z mojego smartfona do starego Samsunga, który generalnie umie tylko zadzwonić i wysłać SMS. Zrobiłam to celowo i z pełną premedytacją, stwierdziłam bowiem, że sprawdzanie fejsbuka, pintresta, mesendżera co trzy minuty niczego dobrego do mojego życia nie wnosi, a jedynie rozprasza, psuje relacje i przynosi niepokój.
Efekt tej szalonej decyzji jest więcej niż zadowalający. Zyskałam mnóstwo czasu na czytanie książek (mam te trzy minuty wyrwane z kontekstu mama, siku, mama am)*, a gdy już uwinę się z jednym zadaniem i mam chwilę na zastanowienie w co teraz się pakować, to zamiast znów surfować bez celu, mam moment zwyczajnego spokoju. To dla mnie bardzo wiele.
Ostatnio, gdy robiłam zakupy w Biedronce, skonstatowałam, że ja naprawdę mam luksusowe życie: pani kasjerka przerzucała produkty przed czytnikiem w jakimś niewyobrażalnym tempie, z nerwowością i dość niezgrabnie. A ja powoli układałam sobie te rzeczy w siatce i wcale się z tym przesadnie nie spieszyłam. Dotarło do mnie w tym momencie, że ja nie muszę się spieszyć. I to jest naprawdę ogromny luksus.

Przez większość życia miałam takie poczucie, że prawdziwe życie dzieje się gdzieś indziej, zawsze gdzieś, gdzie mnie akurat nie ma. Dzisiaj na szczęście wiem, że wszystko jest kwestią wyboru myślenia. Chcę być tu i teraz i przeżywać na 100% to, co jest mi dane. Dawać miłość i pracować nad sobą. To jest bardzo, bardzo trudne. Ale ja wiem, że to jest moje życie. I wiem, że tak mam postępować. Dzisiaj. Teraz. Tu i teraz.

Zrobiłam wczoraj wiele zdjęć moim ukochanym Nikonem, który tak długo leżał w szafie i się kurzył. Przypomniałam sobie, jak bardzo lubię robić zdjęcia. Ktoś poprosił, bym mu je wysłała mailem, a ja na to: nie, wywołam Ci je. Chcę wrócić do mojego maleńkiego, analogowego świata i poczuć się nareszcie jak w domu. Od bardzo dawna nie czuję tego. W ogóle. Zupełnie. Nic a nic.

*   *   *

Truskawki się czerwienią, krety drążą korytarze pomiędzy pomidorami, irysy przekwitły, a lilie szykują się do otwarcia pąków. Piwonia pachnie różą, a moja pierwsza w życiu, wyhodowana we własnym ogrodzie róża stoi w kuchni w niebieskiej butelce zabranej z restauracji w Berlinie.

Dziękuję.



  






*Matka Polka: mnóstwo czasu = trzy minuty